Gru 28, 2014
1367 Wyświetleń
1 0

Śmierć świętuje

Napisany przez

Joe Cocker to jeszcze był czarny promil, Krzysztof Krauze to było smutne tąpnięcie, ale śmierć Stanisława Barańczaka to już było dość, aby człowieka wyprowadzić z równowagi. Za dużo czarno-białych zdjęć na portalach. Jak to zgrabnie ujęto na Pudelku: „To kolejna smutna informacja w okresie świątecznym.”

I

Joe Cocker – przykład na to, że piosenki Beatlesów w wykonaniu kogoś innego zbyt często zyskują. Jego Wodstoock i „With A Little Help From My Friends” to coś niesamowitego. Dla mnie stał się niewolnikiem tej piosenki, bo choć robił potem rzeczy i ładne, i sympatyczne muzycznie, to tego już nie umiał powtórzyć. Myśląc o nim zawsze przypominam sobie jakiś wywiad z Krzysztofem Cugowskim, który o Cockerze powiedział mniej więcej coś w tym stylu: Podziwiam faceta, nie umie śpiewać, a robi to od tylu lat.

Ale Joe Cocker to przede wszystkim „Cudowne lata” – wspaniały serial zaczynający się od tych zreformowanych Beatlesów co tydzień chyba o 18.20. Wyczekiwany, oglądany (nie było jeszcze kradnięcia filmów w necie, bo prawie nie było internetu) i zupełnie inny od wszystkiego co można było obejrzeć w naszej TV. Kto się nie podkochiwał w Winnie Cooper nigdy tego nie zrozumie.

II

Krzysztof Krauze to dla mnie filmy, każdy ważny. Z nim to trochę tak jak ze Smarzowskim, nie pamiętam żeby zrobił mało ważny film. Kino bolesne, niewygodne, niemiłe dla widza. Bez „Długu” czy „Placu Zbawiciela” obraz obecnej Polski w kinie jest niekompletny tak samo jak bez „Psów” czy „Wesela”.

Facet nie tracił czasu na rzeczy nieistotne. Jakie to niedzisiejsze…


III

Dla mnie najbardziej irytująca z tych świątecznych śmierci to jednak odejście Stanisława Barańczaka, który niestety z tej trójki pewnie jest obecnie najmniej znanym człowiekiem w tym kraju. Popatrzcie na swoją półkę z książkami i ilość jego dzieł na niej. U mnie kilka by się znalazło, ale to człowiek dla mnie szczególny. Przez niego poznałem kawał literatury i poniekąd przez niego przestałem się „literaturą” czynnie zajmować.

Niedawno powtarzałem sobie jego „Ocalone w tłumaczeniu”, „Sonety” Szekspira w jego tłumaczeniu to była bardzo ważna dla mnie książka, podobnie tłumaczony przez Barańczaka Heney, Cummings czy ten mój prywatnie najlepszy poeta – Josif Brodski.

Fakt, że Barańczak przetłumaczył zbiór esejów Brodskiego pod tytułem „Pochwała nudy” i napisał do tego zbioru wstęp sprawił, że kupiłem tę książkę a potem kolejne „josify” i potem już nic nie było takie samo.

Wpływ Barańczaka na mnie był tak silny, że skupiłem się w swoich poetyckich próbach na zimie i na opisywaniu świata w jakiś sposób pokrewny do jego wizji. Mój pierwszy „tomik” wierszy (kilka kartek na ksero złożonych na wieczorek poetycki w klubie Pegaz) miał znamienny tytuł „Pomarznięcie” i był sklecony w znacznej mierze z zimy i mrozu (jakby ktoś miał kopię to chętnie nabędę). Mój pierwszy druk w lokalnym “Głosie Bolesławca” był uzupełniony o ankietę będącą parafrazą wiersza „Wypełnić czytelnym pismem”. To oryginał:

Urodzony? (tak, nie; niepotrzebne
skreślić); dlaczego “tak” ? (uzasadnić); gdzie
kiedy, po co, dla kogo żyje? z kim się styka
powierzchnią mózgu, z kim jest zbieżny
częstotliwością pulsu? krewni za granicą
skóry? (tak, nie); dlaczego
“nie”? (uzasadnić); czy się kontaktuje
z prądem krwi epoki? (tak, nie); czy pisuje listy do
samego siebie? (tak, nie); czy korzysta
z telefonu zaufania (tak,
nie); czy żywi
i czym żywi nieufność? skąd czerpie
środki utrzymania w ryzach
nieposłuszeństwa? czy jest
posiadaczem majątku
trwałego lęku? znajomość obcych
ciał i języków? ordery, odznaczenia,
piętna? stan cywilnej odwagi? czy zamierza
mieć dzieci (tak, nie); dlaczego
„nie”?

Do tego wszystkiego Barańczak dołożył w tamtym okresie „Podróż zimową” – swoje teksty do pieśni Schuberta z takimi perełkami jak ta, która nigdy, nawet przy mojej sklerozie, nie ucieka z mózgu:

Poranne odśnieżanie
to, jakby logik rzekł,
przyjęcie dwu przesłanek
zawartych w słowie śnieg:
tej, że upadły anioł
nie wróci tam, skąd spadł,
i tej, że pozostaniem
zbyt skomplikuje świat.

Pod wpływem tego wszystkiego chyba jeszcze przed maturą płodziłem takie wierszydła (wówczas wydawały mi się niezłe):

-21 °C

pod zamarzniętą powieką nocy
rynek jest z ledwo lśniących sopli
ratusz swą szyję w mroku moczy
w mżawce sczerniałych zmierzchu kropli

jak zimny metal strup lodowy
krzyk umie w kołyskę zmienić
nie zbudzi więc wariata skowyt
zaspanych ciał w trzewiach kamienic

Pomarznięcie

gdy gdzieś pod zmierzch wyziębi grzbiet
większość kamienic
mróz będzie wplatać się
w już zakrzepłe tułowia drzew
i w ciało ptaka
w księżyca śnieżnoszklisty dech
szroniący dachówkowe karki
w konary tętnic w których krew
żywiczna parku
tętni jak ostudzony gniew

Albo takie coś inspirowane Whitmanem:

wierzę że
niedługo zimie będzie koniec
byle grymas twojej twarzy
nie strząśnie moich lepkich myśli
zbyt łatwo
łodyżki czułości oplotą nas starannie
nie będzie trzeba szukać ciepła
w kubku kawy
i w zatłoczonych łóżkach
a tyrady rozsądku
choć zawisną w miejscach mniej widocznych
nabiorą zwięzłości nekrologów
nawet jeśli wiara jest jedynie
naiwnością z zasadami
niedługo zimie będzie koniec

Dlaczego wklejam tutaj te teksty? Bo w każdym z nich jest jakaś drobinka, która broni się jakościowo do dziś. A broni się tylko dzięki Barańczakowi i jego kolegom. Dzięki temu, czego mnie nauczyli.

Przez tego Barańczaka, jego wiersze i płodność w tłumaczeniach czytałem, pisałem, podchodziłem krytycznie do literatury. To przez nich dziś wkur… się czytając Georga R.R. Martina klnąc pod adresem pisarza, tłumacza i redaktorów (a w duszy boleję, że upadłem literacko tak nisko, że nęci mnie ciąg dalszy tej historii)

Ba, przez Barańczaka i jego kolegów w wieku lat 19 – 20 wysyłałem swoje wierszydła na jakieś konkursy odnosząc nawet małe sukcesy w postaci słuchania swoich tekstów w radiu w wykonaniu Krzysztofa Kołbasiuka czy kiepskiego olejnego obrazu prezentującego trzy choinki a wręczonego mi przed ochlajem pokonkursowym w Nowej Rudzie.

No i wtedy ten Brodski. Sprzedany mi przez Barańczaka geniusz poezji piszący tak, jak tylko pisać można. Piszący tak, że zakompleksiony chłopak ze wsi musiał dojść do wniosku: dość! Dość, tak dobry jak Josif nie będę a bycie gorszym mnie nie zadowala.

Ktoś powiedział, że szczytem kompetencji jest świadomość własnej niekompetencji. To mnie właśnie uchroniło od grafomanii. W moim przypadku tak naprawdę chodzi o szacunek dla literatury sprawiający, że trzeba o nią dbać i jej nie zaśmiecać.

I tak to Stanisław Barańczak wraz z Josifem Brodskim zakończyli moją karierę poetycką u jej progu za co zresztą wiele osób powinno im okazywać wdzięczność, bo grafomanii jest na tym świecie i tak za dużo.

Czas na puentę tego tryptyku ze zniczy, znudzenia i śmierci: Na dobrą cyniczną sprawę powinienem się cieszyć ze śmierci Barańczaka, faceta który zmusił mnie do myślenia i wprawił mój mózg w stany tyleż przyjemne, co niezbyt miłe w skutkach. Łatwiej być człowiekiem głupszym, łatwiej mniej wiedzieć i rozumieć, łatwiej jest bezkrytycznie patrzeć na to, co robi się samemu i co robią inni. Łatwiej jest żyć mniej świadomie.

Intelektualny kop w młodym wieku pobudza, rozwija i pomaga. Ale jego skutki na dłuższą metę budują bagaż z refleksji, uciążliwy nadbagaż. A jeśli potem człowiek jeszcze zatrzyma się w pół kroku między swoimi intelektualnymi ambicjami a życiem codziennym rozpiętym między ziemniakami z tesco a konfiguracją sklepu internetowego, to nadbagaż ciąży.

Dzięki Parkinsonowi Barańczak odchodził tak długo, że pogłoski o jego śmierci mogą się wydawać spóźnione. Dla wielu odszedł już dawno. Jeśli los bywa ironiczny to Parkinson jako forma wykończenia tak wybitnego umysłu jest okrutną ironią losu. Nie sądzę jednak aby ogromne poczucie humoru Barańczaka pozwalało mu się śmiać z tego Parkinsona.

bo śmierć także jest
nieposłuszna, zbyt śpiesznie gna w ślepy zaułek
oczodołów

Tak napisał wiele lat temu. Wszystko co napisał musi wystarczyć, bo nic już nie napisze.  Wydawcy i rodzina zarobią jeszcze na “dziełach wszystkich”, na jakichś listach… ale nie oczekujmy wielkich nakładów. Chociaż… wzmianka o śmierci poety na Pudelku budzi nadzieję, że Bóg istnieje nie tylko w Macondo i ktoś po te “dzieła wszystkie” sięgnie. I zacznie myśleć. Ale nie przywiązuję się do tej nadziei zbyt mocno.

Bez takich ludzi jak on literatura brzydnie, ale brzydnie też język i jakiś umysł zbiorowy, o ile coś takiego istnieje. Mówimy o narodowym duchu, narodowym honorze, o sumieniu narodu… Mówi ktoś o umyśle albo intelekcie narodu?
Otóż on nam brzydnie jak kochana z “Elegii” Brodskiego tłumaczonej przez Barańczaka. Pozostaje, idąc za tym duetem, usiąść z książką i (parafrazując nieco)…

Popijać lepszą, niż przed laty, kawę
i, zagłębionym w fotel, jeść rogalik,
który tak smaczny jest, że martwym nawet
byłby smakował, gdyby zmartwychwstali.

Kategorie:
Łętowski · odeszli
https://bobrzanie.pl/kategoria/blogi/letowski/

Fotograf (bernardletowski.pl), bloger, lekko emerytowany dziennikarz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

pl_PLPolish
pl_PLPolish
Przeczytaj poprzedni wpis:
Koncert przedsylwestrowy

30 grudnia 2014 r. o godz. 19:00 w Teatrze Starym odbędzie się "Koncert przedsylwestrowy" pracowni wokalnej Młodzieżowego Domu Kultury im....

Zamknij