Wrz 29, 2009
1564 Wyświetleń
0 0

Night b-runner

Napisany przez

Jako obecnie już, przede wszystkim, działacz sportowy muszę o siebie dbać podwójnie. Może nawet potrójnie. Polski działacz sportowy, jak bowiem wiadomo – zagrożony jest szeregiem plag rujnujących zdrowie. Fizyczne i psychiczne. Otyłość, alkoholizm, nikotynizm… W pewnym czołowym tygodniku opinii, Zalewski z Mazurkiem, obecnego ministra sportu, nazywają nawet z jakichś przyczyn, bez ogródek – białym nosem. Piastuję już chyba ze trzy działaczowskie funkcje na szczeblu lokalnym, powiatowym i wojewódzkim – muszę więc na siebie uważać, bo to nie przelewki.

Robotę kończy się niekiedy dość późno, sal gimnastycznych organicznie nie trawię, gdyż wieczorami śmierdzi tam wilgotnym koniem, a mdłe żółto-blade oświetlenie wywołuje stany depresyjne. Bolesławieckie fitness-kluby, czy jak kto woli siłownie, za coraz to bardziej tłuste abonamenty – oferują trenującym sprzęt, którego jakość i stan każą sądzić iż został zakupiony na posezonowej wyprzedaży w pobliskim markecie. Miałem okazję trenować w klubach fitness z prawdziwego zdarzenia, więc dzięki. Jak ktoś zasmakował jazdy limuzyną, nie wsiada po dobroci do malucha. Jeśli nie musi. Na szczęście fitness to nie życiowy oblig.

Więc biegam. Najbardziej lubię biegać w stylu cross. Polne drogi, szutry, miedze. Wielką radość daje wtedy eksploracja. Skręcić w jakąś ledwie widoczną ścieżynę i ciągnąć nią tak długo, aż prawie zaniknie, albo odrodzi się w zupełnie nowy dukt, skręci i powiedzie gdzieś… Niekiedy wyprowadzi w pole, a wtedy można pokusić się o bieg, już zupełnie na przełaj, niekiedy – najnormalniej w świecie bruzdą, czy zarośniętą chaszczem miedzą, jest to jednak swoista ekstrema, grożąca skręceniem nogi, nadwyrężeniem ścięgien. Ale, trzeba ciągnąć. Widmo działacza – 110 kg, 100 cm w pasie i 300% górki cholesterolu + poświsty oskrzelowe, gna do przodu. Przez wszystko.

Zapytacie dlaczego nie stadion? Nie lubię kółkować, bo nudno, a poza tym nie zawsze pora pozwala.

I wtedy biegam z okolic ul. Kosiby w kierunku na Złotoryję. Korzystając z okazji – gdyby ktoś z Państwa miał wiedzę kim właściwie był Bronisław Kosiba, to będę wdzięczny. Bo tego nie wie nikt. Kilka lat temu – twórcy dygitalizowanych map Google – z rozpędu nazwali tę ulicę ulicą brata Alojzego Kosiby. Można byłoby przy tym pozostać. Po prostu ulica Brata Kosiby – i ok. Bo brat Kosiba to postać ze wszech miar szlachetna i malownicza. Dwa lata temu nakręcono o nim film, w którym rolę zakonnika wcielił się Artur Barciś. Ktoś kiedyś napomknął, że ten bolesławiecki Kosiba to był jakiś lokalny komuch, czy zasłużony ubek.

To nie jest normalne, aby kilometrowa wylotowa ulica, przy której zamieszkuje mnóstwo ludzi nosiła imię faceta, o którym nikt nic nie wie. Nawet Olczak.

Jest wtorek. Wybiegam około 22, wbijając się w mrok, ściskając w dłoni diodową latareczkę. Mam do pokonania dystans około 1000 metrów, aby vis a vis byłego poligonu, skręcić w asfaltowy łącznik w kierunku Łazisk. Zajmuje mi to w tempie rozgrzewkowym około 4 i pół minuty.

Od grudnia, przebiegam ten odcinek, późnym wieczorem, około 2 razy w miesiącu. Fascynuje mnie to, bez względu na porę roku i dzień tygodnia – na tej bądź co bądź zadupiarskiej szosie mija mnie co najmniej 10 samochodów. Golfa dwójkę, jadącego 70 km/h – jeszcze w granicach miasta mija beema trójka, która ma już na kole około sety. Na pierwszym zakręcie wraca gwałtownie na swój pas, bo od strony Łazisk pędzi w zakręcie cytryna czwórka, której po piętach depcze vw transporter piątka. Już zupełnie na solo z miasta wypada szóstka. Audi szóstka. Audi – jak wyczytałem na pewnym forum motoryzacyjnym to: “dla jednych tylko cztery litery, a dla innych całe życie“. Podobnie zresztą jak dupa -pomyślałem przyswajając i zapamiętując tę jakże głęboką sentencję.

Wreszcie, z nieco ponad miarę podkręconym z przyczyn powyższych tętnem, wbijam się w biegnący między polami łącznik, w miarę już spokojny i senny, gdyż mija mnie tu jedynie 5 jadących w miarę przepisowo hatchbacków. W okolicach środkowych Łazisk – przystanek. Zamykam drugi kilometr biegu. Tutaj, można rzec, czuję się już w pełni bezpieczny – bo i jasno i pobocze szerokie. Ma to o tyle istotne znaczenie, że jest gdzie uciekać. Tą wąską dróżką, gdzie z podwórek wyłazi się wprost na asfalt, a wyjazdy z nowopowstałych osiedli domków podłączają się do głównej pod kątem 90 stopni bez jakiejkolwiek widoczności – przelatują z rykiem auta, najpierw Mercedes na LPG (czuć smród niedopalonego gazu), później jakaś Toyota. Każdy z nich ciśnie lekko licząc 90 km/h.

Dobiegam w końcu do drogi krajowej E40 z Wrocławia i za fotoradarem, w kierunku ronda mam już do dyspozycji szeroki chodnik, czy też nawet ścieżkę rowerową. Doznaję tu nawet interesującego wrażenia, że mija mnie mniej samochodów niż na owym pierwszym kilometrze w kierunku Łazisk. Na prostej – wzdłuż tzw. obwodnicy mam już prawie pewność. Jakieś mizerne 3 autka. 5 kilometr biegu. Mijam Modłową i zbliżam się do słynnego przejazdu kolejowego prowadzącego do stacji przeładunkowej paliw.

SYGNALIZACJA USZKODZONA.

Jak zwykle. Pamiętam jak dziś. To było 3 lata temu. Podobna pora. Szliśmy, późną jesienią, do pobliskiej chaty na piwo. Gdy zbliżaliśmy się do przejazdu, z góry – jak szary duch zaczął staczać się ledwie widoczny ciąg cystern kolejowych. Wybiegliśmy na drogę machając rękami, aby zatrzymać nadjeżdżające od strony Wrocławia rozpędzone ciężarówki. Na wtaczającym się na szosę pierwszym wagonie – nie było nikogo z obsługi.

Tu kiedyś, %rwa, dojdzie do tragedii! – stwierdziliśmy rozemocjonowani.

Do tragedii doszło mniej więcej rok później. Zginął człowiek. Jak na mój gust to i tak nie była katastrofa.

Ale można to jeszcze nadrobić. Sygnalizacja jest znów uszkodzona. Takie biedackie przedsiębiorstwa jak Orlen i PKP zmagają się z tym godnym XXI wyzwaniem – już chyba z 5 lat.

Na rondzie zawróciłem. Powrót już po 1000-lecia i ofensywny, 1000 metrowy wbieg na Kozią Górkę.

Wyszło tego 10 km z lekkim oklepem. 55 minut. Forma nie jest to olimpijska, ale jak na potrójnego działacza – całkiem OK :) A ileż wrażeń!

    http://www.broniszewski.pl/

    מנא ,מנא, תקל, ופרסין

    Komentarze do Night b-runner

    • @Pinio – trop pogłosek prowadzi ku funkcjonariuszom. W zasadzie wydawać by się mogło, że biografie zasłużonych dla tego miasta to raczej powinny być w miarę znane… :)

      Bruner 08/06/2011 20:34 Odpowiedz
    • A to ciekawe, że jedna z najdłuższych ulic nosi nazwę Bronisława Kosiby a nikt nic o nim nie wie. Będąc ostatnio na cmentarzu znalazłem w aleii zasłużonych grób Kosiby. Zmarł w 1950. Znajduje się w aleii zasłużonych – idąc w kierunku kaplicy po prawej stronie. W tym samym grobie leży jego żona.
      Chyba chodzi o niego ? Ulica w 1947 nazywała się Złotoria i pewnie od 1950 – Kosiby.
      Podobno był to jakiś dzielnicowy ???

      pinio65 08/06/2011 19:09 Odpowiedz
    • Pingback: Jest bezpiecznie » bobrzanie.pl – internetowy nietabloid

    • Fantastyczny tekst, Bruner. Fajny aż tak, że nie ma z czym dyskutować ani do czego się przyczepić. Mogłam jedynie poprawić parę literówek : )

      JoanDark 29/09/2009 19:45 Odpowiedz
    • Bruner(t) :)
      Ty to masz zdrowie ( rzekłbym końskie, ale ktoś mógłby się obrazić ) :)
      Odnośnie ulicy Kosiby, to chyba sekretarz Zieliński powiedział bardzo mądre zdanie ( przy okazji ulicy 10 Marca ) – nazywajmy ulice tak, by nikt nie miał powodu do ich zmiany w przyszłości :)

      Hegemon 29/09/2009 19:35 Odpowiedz

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    pl_PLPolish
    pl_PLPolish
    Bobrzanie.pl
    Przeczytaj poprzedni wpis:
    Automat za potrzebą

    Nieopodal stawu przy Łajbie pojawiła się w Bolesławcu pierwsza w  pełni automatyczna toaleta publiczna. Jest dostosowana do osób niepełnosprawnych i...

    Zamknij