Cze 19, 2015
717 Wyświetleń
0 0

Plemię

Napisany przez

Choć w mojej rodzinie język migowy był obecny od zawsze, nigdy nie było potrzeby, bym musiał się go nauczyć. Rozpoznawałem pojedyncze znaki, ale nie potrafiłem odczytać dłuższego przekazu. Dziś żałuję, że nie spróbowałem zgłębić tej formy komunikacji – być może lepiej zrozumiałbym Plemię Mirosława Słaboszpickiego. Czy jednak 20 lat temu mogłem spodziewać się, że na ekrany polskich kin trafi film w całości zrealizowany w języku migowym?

Historia zna oczywiście niejeden przypadek dzieła, w którym nie tylko nie pada ani jedno słowo, ale też nie pojawiają się plansze z napisami, charakterystyczne dla epoki kina niemego. Jednak nawet filmy tak wspaniałe, jak Naga wyspa Kaneto Shindô czy Ostatnia walka Luca Bessona wykorzystują milczenie bohaterów w inny sposób niż czyni to Mirosław Słaboszpicki. Postacie w Plemieniu tak naprawdę przecież nie milczą – mówią bardzo wiele, choć zamiast ust i gardła do formowania znaczeń używają rąk i palców. Ich sposobu ekspresji nie da się porównać do cichej egzystencji bohaterów japońskiego arcydzieła z 1960 r. ani do postapokaliptycznej afazji z filmu Bessona. Tu ostre, dynamiczne gesty przecinają powietrze, wyrażając gniew, radość, smutek i zauroczenie dobitniej niż uczyniłoby to jakiekolwiek słowo. Sekretny alfabet głuchoniemych skrywa w sobie mnóstwo emocji i kontekstów, których nie sposób wyrazić za pomocą wyrazów i zdań.

Jednak to, co w pełnometrażowym debiucie ukraińskiego reżysera przeraża najbardziej, to uświadomienie sobie, że przemoc nie potrzebuje słów. Oprawca nie musi werbalizować gróźb, by stłamsić i upokorzyć swą ofiarę – wystarczy przesycone nienawiścią spojrzenie i wymowny gest. Przemoc fizyczna, co oczywiste, nie musi wspomagać się mową, jednak opresja psychiczna często opiera się na użyciu bolesnych słów. Nie w Plemieniu – bohaterowie filmu Słaboszpickiego katują swe ofiary bez mrugnięcia okiem, nie potrzebując werbalnego wsparcia dla swych czynów. Niczym ludzie pierwotni, zorganizowani w tytułowe plemiona, kierują się potrzebami i instynktami, wierząc w prawo siły. W społeczności internatu dla głuchoniemych, do którego trafia główny bohater, nie ma miejsca na braterskie więzi i nastoletnie miłostki, o czym boleśnie przekona się główny bohater – porządek tej grupy opiera się na wzajemnych zależnościach, które weryfikuje przydatność drugiej strony. W swej wymowie obraz ten przypomina nieco połączenie Klasy wyrównawczej Iwana Twerdowskiego (jeden z filmów wyróżnionych podczas zeszłorocznego Ars Independent Festival) z Prorokiem Jacquesa Audiarda. Ta sama ponura konstatacja: kiedy wymaga tego sytuacja, człowiek zdolny jest do najstraszniejszych rzeczy.

Słaboszpicki nie jest osobą głuchoniemą i nie posługuje się językiem migowym. Do pracy z aktorami – w większości naturszczykami – potrzebował więc tłumaczy, którzy starali się jak najrzetelniej przekazać odtwórcom ról wskazówki reżysera, a także opowiedzieć mu o poszczególnych wykonaniach. Paradoksalnie bowiem autor Plemienia do dziś nie może być pewien, że jego uwagi zostały należycie wcielone w życie – wszak widzi tylko ciągi znaków wykonywanych w powietrzu, a treść przełożona przez tłumaczy mogła odbiegać nieco od rzeczywistości. Ostatecznymi weryfikatorami powodzenia tego przedsięwzięcia jesteśmy zatem my, widzowie, w przeważającej większości nieznający języka migowego. I możemy zaświadczyć, że w grze młodych aktorów drzemie niezwykła siła. Surowa, plemienna siła jaka kojarzyć się może z prymarną, zwierzęcą potrzebą przetrwania. Trzeba docenić wysiłki wykonawców-amatorów, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że cały film składa się wyłącznie z planów ogólnych. Bez uwielbianych przez twórców kina autorskiego zbliżeń zarówno reżyserowi, jak i aktorom znacznie trudniej było przekazać dramaturgię ekranowych zdarzeń. Udało się jednak znakomicie.

Plemię to film niełatwy w odbiorze z co najmniej kilku powodów, a jednym z nich jest okrutna, realistyczna przemoc i tyleż sugestywne, co pozbawione piękna sceny erotyczne. Miłość fizyczna, podobnie jak inne czynności natury cielesnej, ukazane są tu w sposób mechaniczny, pozbawiony aury mistycyzmu i uniesienia. Podobnie potraktowano akty przemocy, które w większości przypadków są mało efektowne. Z jednym wyjątkiem – końcową sekwencją filmu. Finał filmu Słaboszpickiego pozostawia widza w szoku podobnym do tego, jaki odczuwa się po seansie Post Tenebras Lux Carlosa Reygadasa.

Tych, którzy poczuli się zaintrygowani, zapraszam do kin. Pozostałych też.

Tagi artykułu:
·
Kategorie:
recenzje
http://www.mysliwiecoglada.pl

Fan Manchester United, Jonathana Carrolla i Darrena Aronofsky'ego. W poszukiwaniach korzeni swojego drzewa genealogicznego dotarłem do połowy XVII w. Filmy oglądam na kilogramy i lubię o nich dyskutować. W międzyczasie słucham wszelkich odmian alternatywy i szukam niedrogich podróży.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Share This
Menu Title