wiosna_paintedbird
Cze 13, 2013
2978 Wyświetleń
0 0

Jan Moryson nie przewraca się w grobie

Napisany przez
300x300px_cocodrilo-01

Ten malutki chłopczyk, najmniejszy bohater fotografii to Jan Moryson. Miał być fotografem i uczyć się zawodu w zakładzie, w którym powstało to zdjęcie. Został jednym z najbardziej znanych w Bolesławcu fryzjerów, a jego nazwisko po dziś dzień w tej branży znaczy wiele. Ale zanim do tego doszło…

Zakład fotograficzny Johann Julius Thiele w Oberhausen przy Friedrich Carlstrasse 32 miał szeroki, jak na owe czasy, zakres usług. Nie wiemy, jak chętnie mały Jaś pozował do tej fotografii. Wiemy, że studio fotograficzne nie było jego wymarzonym miejscem.

Pochodzenie nazwiska Moryson, według rodzinnej historii, wiąże się z wielką klęską i powrotem z Rosji rozbitej i przemarzniętej armii Napoleona. Dwóch braci o tym nazwisku miało dość wielkiej ucieczki i zostało w Polsce. Jeden podobno nie nauczył się języka nowej ojczyzny i nazywano go niemową, drugi był rzemieślnikiem. Który z nich był przodkiem dziecka fotografowanego w zakładzie Johanna Juliusa Thiele – nie wiadomo. Któryś na pewno.

Wiemy za to, że ojciec Jana był kolejarzem i z okolic Poznania wraz z rodziną wyjechał do Oberhausen za pracą. Tam też w 1911 roku urodził się Jan, a jego ojciec zginął w wypadku kolejowym.

Gdy Jan miał trzy lata, przeprowadzili się do dziadków nieopodal Rawicza. Skończył pięć klas, a potem oddano go na naukę zawodu do wujka fotografa w Rawiczu. Obok zakładu był fryzjer. Czternastoletni Janek, zamiast uczyć się zasad oświetlenia, wywoływania zdjęć czy ręcznego retuszu, uciekał do fryzjera. W końcu sam wujek fotograf powiedział, że z Jana fotografa nie będzie, a skoro woli fryzjerstwo, to niech idzie na naukę po sąsiedzku.

Jan Moryson w Gdyni przed wojną

Jan Moryson w Gdyni przed wojną

O śmieci się pyta

Początek nauki nowego zawodu wiązał się z małym zgrzytem, Jana przyłapano na podbieraniu obciętych włosów klientów. Posądzano go o kradzież włosów, na szczęście okazało się, że młody uczeń po prostu trenował robienie peruk. Szef był z tego dumny, ale nauczył Jana, że nawet o wyniesienie śmieci z firmy należy spytać.

Robił nie tylko peruki, ale i sztuczne wąsy czy brody na Mikołajki czy gwiazdkę dla rodzeństwa. Przy pomocy takich akcesoriów bawił braci i siostry.

Kiedy zrobił dyplom czeladniczy wyjechał na Śląsk. Tam poznał człowieka – legendę. Antoine Cierplikowski, o nim mowa, zwany był „królem fryzjerów – fryzjerem królów”.

Ten Polak, fryzjer o międzynarodowej sławie, to twórca nowych trendów w dziedzinie fryzjerstwa, a właściwie całej stylistyki kobiecej. To on wylansował w Paryżu na początku XX wieku modę na krótkie włosy, zapisując się w historii jako autor fryzury „na chłopczycę”. Od tej fryzury i sukienek Coco Chanel zaczęła się nowa moda lat międzywojennych. Cierplikowski czesał najbardziej znane artystki swoich czasów: Sarę Bernhardt, Josephine Baker, Édith Piaf, Brigitte Bardot. Przyjaźnił się z Xawerym Dunikowskim i Jeanem Cocteau. Projektował fryzury Metro-Goldwyn-Meyer, a w latach 20-tych miał około 60 zakładów na czterech kontynentach.

Zakład fryzjerski w Gdyni, Jan Moryson drugi od lewej

Zakład fryzjerski w Gdyni, Jan Moryson drugi od lewej

Spotkanie gwiazdy fryzjerstwa nie mogło nie wywrzeć wielkiego wpływu na Jana. Wspominał je wielokrotnie w późniejszych latach. Zawsze chciał, aby jego salony miały klasę, sznyt, aby było czysto, schludnie, a obsługa traktowała ludzi godnie. Dzięki takim ludziom jak Cierplikowski prestiż zawodu fryzjera w czasach przedwojennych był niemały. Dobry fryzjer był na wagę złota i był uważany za artystę.

Jan był pedantem, musiał miecz czysto. Na Śląsku wrócił do mieszkania i zastał w swoim łóżku brudnego współlokatora górnika. Opuścił Śląsk.

W roku 1929 zaczęła się historia fryzjerska rodu Morysonów pod własną marką. Przyczyną były: szczęście i mała skłonność do hazardu. Jan wraz z kolegą po prostu wygrał na loterii, dzięki czemu obaj mogli otworzyć własny zakład fryzjerski. Padło na Gdynię, która wówczas była taką większą nadmorską wioską, udającą małe miasteczko. Ale ulice miały swoje nazwy. Zakład powstał przy Świętojańskiej.

Trzeba przyznać że Jan ze wspólnikiem dobrze wykorzystał 10 lat spokoju do II Wojny Światowej. 10 lat spokojnie pracowali do wojny. Rozbudowali firmę, zatrudnili kosmetyczki, firma się rozrosła. Jan sprowadził rodzinę i pozałatwiał pracę. Jedna z sióstr zaczęła robić kapelusze jako marszandka.

Fryzjer na roli

W 39 roku 28-letni fryzjer idzie do wojska bronić ojczyzny jako marynarz. Statek, na którym służy, trafia w ręce Niemców, a cała załoga trafia do niewoli. Jan zostaje wywieziony do Pyrzyc do obozu, a potem do pracy u niemieckiego gospodarza.

Jeździ traktorem, śpi w chlewie. Poznaje służącą, Polkę, i czesze ją. Właścicielka gospodarstwa natychmiast zauważa ekstra fryzurę służącej. Pyta o dzieło i o autora. Po tygodniu Jan znów czesze służącą. Jeniec z Gdyni zwraca na siebie uwagę i musi uczesać na niedzielę żonę gospodarza.

Wreszcie dostał czyste rzeczy, mógł się wykąpać. Niedzielna fryzura zrobiła furorę w kościele, wzbudzając zazdrość znajomych i zawiść lokalnego fryzjera. W kolejną niedzielę, po kolejnej pracy Jana jako fryzjera, inne kobiety pytają właścicielkę gospodarstwa, gdzie się czesała i czy była w Szczecinie u fryzjera.

Kiedy Jan pracuje w polu, przyjeżdża Gestapo, zabierają go, jest przerażony.
Okazuje się, że gestapowiec, który go zabrał z pola, to brat miejscowego fryzjera. Zamiast kary za robienie nielegalnej konkurencji lokalnemu monopoliście, Jan dostaje ofertę pracy w zakładzie.

Wynika z tego, że nowy pracodawca Jana musiał być mądrym i taktownym człowiekiem. Potwierdza to kartka, jaką powiesił w zakładzie. Zawierała prośbę, aby klienci nie rozmawiali o polityce, gdyż w firmie pracuje Polak.

Pracuje w godziwych warunkach, tak naprawdę odpoczywa po ciężkiej robocie w gospodarstwie. Świetnie zna niemiecki, jest dowcipny, elegancki, klientki go lubią.

Byleby był porządny

Mężczyzn w czasie wojny brakowało, co na pewno też pozytywnie wpływało na postrzeganie Jana przez klientki, miał powodzenie. Dostawał prezenty, choćby kartki na mięso, dzięki którym mógł żyć godniej.

Jako więzień Jan musiał nosić na obraniu literę P. Tego P obawiała się uczennica zakładu, Franciszka, mówiąca po polsku córka osiadłych w Niemczech na długo przed wojną. Opowiedziała rodzicom o szarmanckim Polaku. Powiedzieli, żeby zaprosiła go na niedzielny obiad.
– Ale on nosi P – powiedziała ojcu z obawą.
– Niech sobie nosi i dwa P na dupie, byleby był porządny – mówi tato.

Janowi Franciszka chyba za bardzo nie przypadła do gustu, ale na chwilę na ten obiad wpadła Maria, siostra Franciszki. A że, mimo P, Jan spodobał się i ojcu, poszło.

Maria i Jan zaręczają się w 1941 roku. Dlaczego?

– Przekonał ją do siebie bo to był cudowny człowiek, wspaniały mężczyzna, komplemenciarz – mówi Barbara Łaba, córka Jana. – Chyba się po prostu w sobie zakochali. To był jedyny mężczyzna w życiu mojej mamy. Ona ma dziś 93 lata i wciąż mówi o nim pięknie.

Jan Moryson w swoim zakładzie w Starym Kurowie

Jan Moryson w swoim zakładzie w Starym Kurowie

Córeczka tatusia

Jan dzieci traktował łagodnie, gdy wracały ze szkoły, a mama chciała wtłuc im ścierką, to wkładał im ręczniki do ubrań, żeby nie bolało. Był nieco despotycznym pedantem. Potrafił wyrzucić wszystko z szuflady, bo rzeczy nie były dobrze ułożone. W domu nie jadło się na ceracie, tylko na obrusie.

Barbara Łaba była pierwszą i ukochaną córeczką tatusia. Miała jeszcze brata i trzy siostry. Mając 5 lat, szła już do zakładu, a gdy miała 12, to czasem pomagała w pracy tacie. Jan lubił swoje dzieci, kochał je, rozpieszczał, ale wymagał.

Po wojnie nie mieli już czego szukać w Gdyni. Bomby zrównały zakład z ziemią. Całą rodziną idą na pieszo do Polski. Trafiają do Starego Kurowa koło Strzelec Krajeńskich i tam dostają nowy zakład. Potem Barbara idzie do liceum.

– Rodzice absolutnie nie chcieli słyszeć, abym została fryzjerką – wspomina córka Jana. – To był ciężki zawód. Pracowało się od 8 rano do 19 a w soboty nawet do 20. Ale i tak nauczyłam się fachu. Cała nasza czwórka miała papiery czeladnicze i umiała strzyc. Rodzice nie chcieli, żebyśmy to robili, ale na wszelki wypadek nas wykształcili.

Barbara Łaba podczas konkursu fryzjerskiego

Barbara Łaba podczas konkursu fryzjerskiego

Najlepiej nam było przed wojną

Za komuny prywaciarze nie mieli łatwo, a ci wspominający przedwojenne czasy z tęsknotą mieli jeszcze trudniej.

– Tato zawsze wspominał rzeczywistość przedwojenną, mówił, że wtedy była większa kultura klientów, ale i pracowników. Nie przystąpił do spółdzielni fryzjerskiej, zawsze miał nieco wyższą cenę – opowiada Barbara. – Starał się, by jego zakład odróżniał się bielizną dla klientów, fartuchami. ligniną na szyję, białymi pelerynami. Nie lubił peerelowskiego prostactwa. Przychodzili brudni i niekulturalni klienci, a on nie mógł mieć nic brudnego w zakładzie.

Były skargi, donosy, tłumaczenia, zapisana książka życzeń i zażaleń, ale miał renomę i w Starym Kurowie pamiętają go do dziś.

– Miał dobrą, lekką rękę, był miły i sympatyczny, taki trochę bardziej artysta niż rzemieślnik – mówi córka. – Malował akwarele, świetnie rysował, uwielbiał uwieczniać krajobrazy i malować brzozy, jego wnuk Artur został architektem.

W Starym Kurowie przebywali do 1960 roku, a potem przyszedł czas na Bolesławiec.

Barbara Łaba w zakładzie przy Chrobrego 28

Barbara Łaba w zakładzie przy Chrobrego 28

Chrobrego 28

– Zaczęliśmy dorastać, a ojciec chciał, żebyśmy mieli wykształcenie – opowiada pani Barbara. – W Bolesławcu był bliski kuzyn mamy, pomógł ojcu załatwić tutaj lokal, na początku ja przeniosłam się tutaj z ojcem. Od rana pracowaliśmy razem w zakładzie, a ja uczyłam się w wieczorówce. Potem, kiedy tato przyjął fryzjerkę, to była zła na mnie, że klientki idą do mnie.

To był zakład przy ulicy Chrobrego 28. Lokal do dziś należy do pani Barbary, aczkolwiek teraz mieści się w nim inny zakład.

– W 60 roku zakład ojca był czwartym w Bolesławcu, moim zdaniem najlepszym w tym mieście – wspomina córka. – Czesał elitę miasta, lekarzy, prawników, nauczycieli, pisano o nim w gazecie. Polityka go nie interesowała, chcieli, żeby donosił na klientów, ale ojciec nigdy się w to nie bawił.

Jan Moryson wyróżniał się na bolesławieckim rynku. Jak mówi córka, nie chciał pracować byle jak, nie chciał na przykład strzyc ludzi brudnych i wulgarnych, potrafił namawiać kogoś, żeby się wykąpał i dopiero wrócił się ostrzyc. Nie chciał strzyc byle jak, na szybko.

Pracował w zakładzie do 70 roku życia. Odszedł z zawodu tylko dlatego, że krępował się klientów, gdy był już po wylewie. Nie chciał, żeby go takiego widzieli.

Barbara Łaba dziś

Barbara Łaba dziś

Tylko fryzjerka, aż bizneswoman

– Rodzicom nigdy się żaden chłopak nie podobał – mówi Barbara. – Ale babcia powiedziała: „dobrze mu z oczu patrzy, więc nie zabraniajcie”.

Barbara wyszła za oficera i to jej małżeństwo pięknie pokazuje, jak na przestrzeni lat zmieniało się postrzeganie zawodu fryzjera. Ojciec mawiał, że przed wojną fryzjer to był zawód godny, wymagający kultury osobistej, znajomości języków, higieny. Za komuny zawód ten, jak wszystko, spowszedniał, fryzjer był uważany za kogoś gorszego, ale też wielu fryzjerów zapracowało sobie na tę deprecjację zawodu.

Kiedy Barbara Łaba wyszła z oficera, inne panie oficerowe uważały za lekki mezalians fakt, że oficer wziął sobie fryzjerkę. Zwłaszcza po kolejnym awansie oficera. A po 1998 roku okazało się, że gratulowano mu obrotnej żony bizneswoman.

Barbara Łaba przepracowała przy Chrobrego 50 lat, w 81 roku przejęła firmę ojca. Nawet nie przyszedł zobaczyć, jak zakład wyglądał po zrobionym przez nią remoncie, tak bardzo wstydził się swojej niepełnosprawności. Po pewnym czasie do pomocy przyszła jednak córka, Irmina. W 86 roku otworzyła w salonie mamy gabinet kosmetyczny. Miały już doświadczenie i wizję tego, jak ma wyglądać ich firma. Po szkoleniach w Paryżu, Londynie i Berlinie wiedziały, czego chcą.

Barbara Łaba z mężem i córką Irminą

Barbara Łaba z mężem i córką Irminą

Dwie secesje

W 95 roku cały personel odszedł. Zanim odszedł, klientki po cichu dostawały wizytówki nowej firmy sprytnych pracownic. Postanowiły pójść na swoje w stylu… dyskusyjnym. Barbara i Irmina zostały same i wnuczka Jana postanowiła wziąć się na poważnie za fryzjerstwo. Pracowały w harmonii, którą można nazwać względną.

– Córka nie lubiła uwag, a ja ją traktowałam jako uczennicę – mówi Barbara.

Irmina 15 lat temu postanowiła iść na swoje, ale z rozmachem, tak jak podobałoby się dziadkowi. Kupiła 120 metrów lokalu przy Wańkowicza i otworzyła drugi w mieście zakład Moryson nazwany Salonem Urody Moryson. Tak to do 2012 roku były dwa Morysony w Bolesławcu. U mamy jednak czesały się jej stałe klientki, a Irmina nastawiła się od początku na zupełnie inną klientelę.

– Zaczynałam od zera, a mamy klientki mnie nie interesowały – mówi Irmina. – Kiedy dziadek trafił do Bolesławca, otworzył czwarty w mieście zakład, dziś jest ich podobno około stu, non stop jakieś plajtują i powstają nowe.

Irmina tak naprawdę nigdy nie chciała, żeby jej salon nazywał Moryson. Dziś mówi, że ta niechęć do rodowego nazwiska to była głupota.

– Chciałam stworzyć coś swojego i dopiero mąż uświadomił mi, że to jest konieczność, że to nazwisko to historia, tradycja, zobowiązanie i świetna marka – mówi. – Starałam się stworzyć tu przestrzeń, komfort, zadbać o jakość i umiejętności zespołu. Staram się też uczyć ludzi zawodu i myślę, że przez te 15 lat lat na Wańkowicza wykształciło się tutaj 15 dobrych fryzjerek. Gdybyśmy policzyli uczennice mamy, dziadka i moje, to trochę ludzi w tej branży od Morysonów wyszło – śmieje się Irmina.

Bardziej czuje się managerem niż fryzjerem. Mąż Barbary i tato Irminy marzył, żeby córka została nauczycielką i poniekąd jest, od dwóch lat prowadzi akademię kształcąc następczynie.

Irmina Jaśkiewicz w trakcie nauki zawodu

Irmina Jaśkiewicz w trakcie nauki zawodu

 

Tradycja

Córka Irminy powoli uczy się fachu. Bez przymusu, ale rodzinne przekonanie, że bez względu na wykształcenie papier i umiejętności fryzjera dobrze mieć – jest ciągle żywe.

– W tym fachu codziennie robi się coś innego, jest bezcenny kontakt z ludźmi – mówi Irmina znana z pasji do psychologii. – Każdy jest inny, inne kobiety, inne głowy, nie jest to taśma w fabryce. A każdy potrzebuje dopieszczenia, troski o siebie. Ludzie chcą się czuć zaopiekowani, najważniejsi.

– Cała nasza historia nie daje nam powodów do wstydu. Kontynuujemy to, co ojciec kochał i na pewno jest bardzo z nas dumny, Jan Moryson w grobie się nie przewraca – mówi Barbara.

Irmina Jaśkiewicz w Salonie Urody Moryson

Irmina Jaśkiewicz w Salonie Urody Moryson

Kategorie:
reportaż
http://bobrzanie.pl/kategoria/blogi/letowski/

Fotograf (fotopestka.pl), bloger, lekko emerytowany dziennikarz.

Komentarze do Jan Moryson nie przewraca się w grobie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Share This
Menu Title