Znikopis – recenzja

10-11-2009 przez Bruner Zostaw odpowiedź »

Zakupiłem książkę pani Danuty Maślickiej wczoraj i nocą przeczytałem. Mogę więc podjąć się dokonania recenzji „na gorąco” tym razem porą popołudniową :)

Redakcyjne wpadki

Jako że autorka w tytule, co podkreśla Bernard w zapowiedzi, odwołuje się do zaników pamięci i Alzheimera, zaniepokoiło mnie to, że już przeglądając zdjęcia natykamy się na błąd faktograficzny, co na etapie przygotowania materiału powinno być skorygowane – jeśli nie przez autorkę, to przez redaktorów. *)

W końcowej części książki – fotografia Jana Kisiliczyka z mikrofonem i podpis: przyszły poseł I i II kadencji. Jan Kisiliczyk był posłem jedynie I kadencji, tzw. sejmu kontraktowego.

Kolejny błąd popełnia Bernardopublikowanej zapowiedzi książki. Autorka, z nie do końca jasnych przyczyn, wszystkich bohaterów wspomnień opisuje używając jedynie inicjału nazwiska. Dotyczy to zarówno funkcjonariuszy SB, jak i przyjaciół, znajomych czy pozostałych postaci pojawiających się w tekście (z wyjątkiem osób publicznych w skali kraju). Rodzi to problemy natury faktograficznej. Kilkakrotnie w książce pojawia się postać Stanisława B. – AK-owca i nauczyciela. W postscriptum dowiadujemy się już otwarcie, że chodzi o Stanisława Biardzkiego. Nie rozumiem więc, po co ten kamuflaż. Szczególnie, że w części poświęconej powstaniu obywatelskiego komitetu samorządowego znów pojawia się postać Stanisława B. jako autora logo, które stanowiło motyw plakatu wyborczego – tym razem chodzi już o Stanisława Broniszewskiego, czego niestety ktoś nie znający historii bolesławieckiego OKS nie dowie się z książki.

Sama struktura publikacji jest dość chaotyczna. Szkoda, że autorka nie zdecydowała się jednoznacznie – bądź to na formę dziennika, bądź usystematyzowanej rozdziałami opowieści. Sprawia to, że niektóre wątki się powtarzają. Tam, gdzie już pojawia się forma dziennika, mamy niekonsekwencję notacji dat. W rozdziale Pod Celą pojawiają się daty bez określenia roku. Potem znów, Z dziennika pisanego nie tylko nocą mamy raz daty w notacji arabskiej, raz sygnowane nazwą miesiąca. Generalnie w tej chronologii panuje totalny bałagan, nad którym powinien w pierwszej kolejności zapanować – sugerując usystematyzowanie – redaktor publikacji, gdyż zwyczajnie trudno się to czyta, a precyzyjne osadzenie w ramach czasowych dla tego typu wspomnień wydaje mi się bardzo ważne.

Wielką stratą dla narracji książki jest również zupełny brak początku. W nocie biograficznej p. Danuty czytamy, iż organizuje wraz z mężem nauczycielską „Solidarność”, że angażuje się w działalność opozycyjną po stanie wojennym. Brak spójnej i konkretnej opowieści o tym, jak wyglądają początki zaangażowania autorki w tę działalność, jak wyglądają początki ruchu „S” w Bolesławcu – kto, ile osób, gdzie, kiedy – aż boli, bo czytelnik wrzucony jest, rzec można, od razu w mocno już rozkręcony wir wydarzeń związanych z nalotami SB i aresztowaniem.

Papierowy reżim?

Zawsze wydawało mi się, że ten cały PRL-owski reżim był trochę papierowy. Ale może to tylko dlatego, że za młody jestem - i nie uwłaczając traumatycznym przeżyciom pani Danuty w aresztach i więzieniach - taki obraz ukazuje nam pierwsza część książki.

Bezpieczniaki przychodzą, pukają i straszą, że wyważą drzwi. Wchodzą, czegoś tam szukają, nie potrafią znaleźć skrytki w pawlaczu socjalistycznego M3 czy M4. Gdy się na nich krzyknie: nie macie prawa nachodzić ludzi po 22.00 – to pokornieją jak owczarki, co tylko groźne są z wyglądu.
Bohaterka nie wysypała towarzystwa brydżowego na przesłuchaniach. Oczywiście trzeba byłoby ich wsypywać, bo reżimowa policja polityczna nie była przecież w stanie ustalić operacyjnie, kto do kogo wieczorami chadza, w tej naszej metropolii, na roberka w miarę regularnie. Można było również w trakcie nalotu i przeszukania coś tam zmiętego w kulkę szybko wrzucić do kibelka, czy doskoczyć do telefonu jak mama dzwoniła, by się nie przeraziła słysząc w słuchawce głos smutnego pana. Albo powiedzieć: do waszej suki nie wsiądziemy! I pójść „na milicję” piechotą.

Wierzę, a nawet jestem przekonany, co zresztą jest podkreślone w jednym z akapitów, że niejeden facet by się w takich okolicznościach rozsypał, bo niestety faceci są słabi. Być może, właśnie dlatego pani Danuta z kobiecego punktu widzenia relacjonuje te zdarzenia aż za spokojnie.

Mimo jednak, że za opozycyjną działalność przebywała w aresztach i więzieniach, reżim nie zablokował jej drogi do doktoratu, a syn Marek, złapany na działalności godzącej w ustrój (str. 32) ukończył, bodaj 2 lata później, z wynikami bardzo dobrymi, prestiżowe I Liceum i bez problemu dostał się na studia medyczne. Ot i reżim, rzec by można!

To nie jest żaden zarzut. Nie deprecjonuję tu odwagi bohaterów opowieści, wydaje mi się jednak, abstrahując od działalności jednostek, że ludzie mogli robić to, na co system im pozwalał, w okresie, gdy wiedziano już, że socjalizm jest w fazie schyłkowej swojego istnienia (str. 118 – wypowiedź Kuronia na spotkaniu).

Ale przecież wielu nie doczekało odwilży. Pyjas, Przemyk, ksiądz Jerzy. Wybrzeże. Górny Śląsk. Ofiary w Lubinie. Ile ofiar w kraju? Ile w Bolesławcu? O ilu nie wiemy?

Terroryści

Od strony faktograficznej chciałbym zwrócić uwagę na pewien interesujący moment w książce, jego kontekst historyczny, którego autorka – jak wynika z treści – zupełnie nie była świadoma, choć, między innymi ze względu na osobę męża – nauczyciela zatrudnionego w I LO, powinna coś na ten temat wiedzieć.

Strona 108, początek czerwca, przed przyjazdem papieża do Polski. III Pielgrzymka. Za drzwiami porucznik G. z SB.

Po raz kolejny mamy tu redakcyjne pomieszanie ciągów zdarzeń (str. 106-107), wiążąc to akurat z rokiem 1986, podczas gdy wizyta Ojca Świętego miała miejsce w dniach 8-14.06.1987

„On próbuje się wedrzeć w mój potok słów: że grupy terrorystyczne, że papież sam sobie tego życzy…” „…do nas pan przyszedł jako do potencjalnych terrorystów?”, „Czego pan szuka w moim domu? Siatki terrorystycznej przygotowującej zamach na papieża?”

Otóż tak było. SB szukało siatki terrorystycznej przygotowującej zamach na papieża!

W poniedziałek, ósmego czerwca 1987 młodzież LO im. Broniewskiego, która rano przyszła jak co tydzień na lekcje, nie została wpuszczona do gmachu szkoły. Wewnątrz budynku grasowały tuziny funkcjonariuszy SB i milicji. Niebawem okazało się, że w nocy dokonano włamania. Złodzieje za swój cel obrali sobie sprzęt dość, jak na owe czasy, niecodzienny – z sejfów pracowni Przysposobienia Obronnego skradziono bowiem kilka sztuk broni palnej – karabinków małokalibrowych KBKS wraz z zapasem amunicji. Samo wejście do budynku LO nie stanowiło zapewne problemu, natomiast jak złodzieje pokonali zabezpieczenia w magazynach pracowni PO, a także jak otworzyli sejfy z bronią – pozostanie słodką tajemnicą.

Akcja milicji i esbeków z województwa, a bodaj nawet z „centrali” trwała na miejscu kilka dni.

W kręgu podejrzeń znalazła się wtedy nie tylko pani Danuta wraz z rodziną, ale co najmniej kilkunastu uczniów LO, przede wszystkim chłopaków z klas starszych, nadanych, jak należy przypuszczać przez dyspozycyjnych nauczycieli jako element potencjalnie niebezpieczny.

Mnie, wtedy 17-latka, zgarnięto spod domu około g. 14. i zafundowano przejażdżkę konwersacyjną, limuzyną marki Wołga, w towarzystwie dwóch wąsatych facetów. Pytali między innymi, czy lubię sobie postrzelać i jaki mam numer buta. Następnego dnia zostałem ze szkoły zgarnięty na komendę MO, gdzie bez zbędnych ceregieli pobrano ode mnie odciski palców i przesłuchano, tym razem już zza biurka. Nawet nie pamiętam, czy coś podpisywałem – co nie jest wcale wykluczone. Szczęściem - z tego co mi wiadomo – dolnośląskie akta bezpieki w IPN są mocno niepełne – tak że, luzik.
Część z nich spłonęła również w okopach poligonu wojskowego między Bolesławcem a Łaziskami, palona dość ostentacyjnie 200 metrów od szosy, przez jakichś smętnych ziomków pod koniec tzw. komuny, co relacjonowali naoczni świadkowie.

(Stopczyk, co wy tam palicie? Ja? Radomskie, ale jak pan major woli, to Franz ma camele).

W związku z tą akcją, u innych kolegów – np. starszego o rok Grzegorza D., czy Tomka W., a także kilku innych – przeprowadzono regularne przeszukania mieszkań i piwnic. Rzecz jasna wszystko bez jakichkolwiek nakazów.

Wszyscy mówili o tym, że broń może być wykorzystana do zamachu na Ojca Świętego. Należy przypuszczać, że była to esbecka prowokacja. Jej cel niestety nie był ani dla mnie, ani dla mojego otoczenia zrozumiały, choć hipotez postawić by można sporo.

Niedosyt

Znikopis to pierwsza pozycja w bolesławieckiej bibliografii, która opisuje kilka bardzo ważnych lat z dziejów środowiska lokalnej inteligencji, dziejów ważnych, gdyż wprost były one początkiem niekomunistycznej bolesławieckiej rzeczywistości po 1989 roku.

Brak mi w książce odpowiedzi na pytanie, które może wydawać się truizmem: po co właściwie narażaliście się? Czy to była młodzieńcza brawura, potrzeba adrenaliny, patriotyzm, czy może np. czysto pragmatyczna myśl, o życiu w kraju takim jak np. Szwecja? Jaki był Wasz stosunek do okrągłostołowego kompromisu? Przecież musieliście mieć świadomość tego, że to nie jest rewolucja – a tylko kontrakt.

Autorka ukazuje losy lokalnych esbeków, którym za komuny wiodło się dobrze, a i obecnie układa się często – kto wie, może i nawet lepiej.
A przecież jest to opowieść o dziejach tylko jednej osoby, jej rodziny i jej zmagań z PRL-owską policją polityczną. Można więc wyobrazić sobie, ilu funkcjonariuszy to obecnie dobrze prosperujący, „prawi” obywatele, których pamięć i moralność zadziałała jak tytułowy znikopis.
I myślę, że samo założenie tytułu odnosi się nie tyle do spustoszeń, jakie w pamięci jakiegoś prokuratora wywołała choroba, a właśnie do szczególnych właściwości mentalnych, jakimi charakteryzują się pewni ludzie. Niestety, pani Danuto, ale pomogła im w tym z pewnością dwuznaczność grubej kreski, którą to metaforę każdy zrozumiał tak, jak chciał i między innymi dzięki tej szczytnej humanitarnej idei wybaczenia spotyka Pani tych panów, obecnie chyba już nie tak smutnych (znikopis?). Choć nie było tu przecież żadnej ekspiacji.

Osobiście żałuję również, że pani Danuta nie opisała szerzej zdarzeń, jakie miały miejsce w Bolesławcu w roku 1989 i później. Myślę, że jako osoba będąca w tych latach animatorką ruchu demokratycznego w Bolesławcu miałaby na te tematy sporo do powiedzenia. Poza przecież ważną rolą, jaką odegrała w sejmowej kampanii wyborczej Jana Kisiliczyka, przyczyniła się np. istotnie do politycznego stworzenia choćby Józefa Króla, który przez osiem lat piastował funkcję prezydenta miasta.

Być może mógłby być to temat na kolejną książkę.

Znikopis jest książką ciekawą i ładnie wydaną. Szkoda, że spapraną poważnie pod względem redakcyjnym.

  • Danuta Maślicka, Znikopis, Republika Ostrowska, jesień 2009

*) Podobnie zresztą jak dwa angielskie ortografy ze str. 10Boobi price: powinno być booby prize, jak i Nobel Peace Prize, a nie Nobel pace price.

————————————————————————————
Zdjęcia ze spotkania Danuty Maślickiej z czytelnikami znajdziesz TUTAJ

Reklama

24 komentarzy

  1. Bruner pisze:

    @Michał – to co napisałem to informacje, do których dotarłem wśród materiałów związanych z historią Polskiego Radia i przytaczam je w postaci poszerzonej, aby czytelnicy mieli wiedzę na temat tego o czym tu piszemy – np. o tym co to było „60 minut na godzinę”.

    W artykule o audycji – jest napisane wyraźnie, że 1000 m/km to był spektakl estradowy.

    Pańskie informacje związane z 1000 m/km są bardzo cenne – gdyż nigdzie nie znalazłem nic na temat obsady tych spektakli.

    Nie drwię z Pana, bo jeszcze nie dał Pan jakiegoś rzetelnego powodu do drwin, a ja nie lubię drwić na siłę – za dużo tego wokół :)

  2. pax, po napisaniu komentarza liczymy do dziesięciu, oddychamy głęboko, czytamy ponownie i klikamy OPUBLIKUJ

    rozmawiamy o TEMACIE a nie o przywarach innych uczestników dyskusji

  3. Michał pisze:

    @Bruner – Pana wypowiedź jest z gatunku tych, kiedy nie ma się wiele do powiedzenia, ale jednak koniecznie coś się mówi, czy pisze i to najlepiej jeszcze tak, żeby komuś dokopać, bo wtedy satysfakcja większa. Żeby się odnieść do czyjejś wypowiedzi, trzeba najpierw ją przeczytać dokładnie i zrozumieć. Nigdzie nie napisałem, że „60-tka” to był kabaret i że działała po stanie wojennym, wszyscy wiedzą, że była to audycja radiowa, której co tydzień słuchaliśmy. Przestała być nadawana w radiu po wprowadzeniu stanu wojennego. Później, właśnie w formie wyjazdowych występów niektórzy aktorzy prezentowali 1000m/km i byli w Bolesławcu pod tą nazwą. W zasadzie powtórzył Pan moją informację – tylko troche innymi słowy. Ja, występy pod nazwą „1000m/km” nazwałem wyjazdowym kabaretem, a Pan – programem estradowym. Tak, różnica to kolosalna i trzeba to było poprawić! No ale jeśli czuje się Pan z tym lepiej, to… cóż, różne są formy poprawiania sobie samopoczucia. Widac nie zna Pan lepszych. Byłęm na ich występach 4 razy, w tym dwa razy w B-cu i ZAWSZE był tam Zaorski, Wolski, Piwońska, Opania i A. Fedorowicz. Napisałem o tym, bo niektórzy zarzucili autorce „Znikopisu”, że wspomniany w jej książce 1000 m/km to na pewno 60 km/godz, a to ONA ma rację i nie myli tych występów estradowych z audycją radiową.
    Podobnie nie ja napisałem, że w internecie nie można nic na ten temat znaleźć, tylko odniosłem się do uwagi jednego z internautów, który napisał, że ponieważ on nic nie znalazł, to czegoś takiego nie było i autorce się coś pomyliło. Otóż nie pomyliło się, bo są inni, którzy 1000 m/km też pamietają.
    Więc po co Pan pisze, że nie było takiego kabaretu?! Był, nazywał sie 1000 m/km i czy to wyjazdowy kabaret, czy program estradowy -jak Pan poprawia- nie wiadomo po co, to nie ma żadnego znaczenia. Chodziło wszak o to, że autorce nic się nie pomyliło.
    Rozumiem jednak, że czerpie Pan satysfakcję z poprawiania innych, więc skoro Pan musi, to niech Pan jeszcze poszuka w naszych wypowiedziach czegoś, z czego mozna zadrwić. Na zdrowie!

  4. Bruner pisze:

    @Michał – nie było takiego kabaretu, szanowny Panie. „60-tka” zakończyła działalność w 1981 roku. „60 minut na godzinę” – był to nie kabaret, a cykliczna, satyryczna audycja radiowa.

    Natomiast po stanie wojennym, paru aktorów jeździło po kraju z programem estradowym, zatytułowanym „1000 metrów na kilometr”, który bazował na tekstach „60-tki”. Rzadko pojawiali się na tych występach twórcy słynnej audycji radiowej – czyli Fedorowicz, Zaorski, czy Wolski.

    Wbrew temu co Pan pisze, można znaleźć na ten temat informacje w internecie. Jest ich jednak niezwykle mało.

  5. Michał pisze:

    Otóż mylicie się Panowie co do ewentualnego błędu autorki „Znikopisu” dot. kabaretu 1000 m/km. Mimo że ktos już szukał w internecie i nie znalazł nic takiego – taki kabaret istniał, tak własnie się nazywał (1000 metrów na kilometr!) i nie był tym samym, czym radiowa „sześćdziesiątka” tj. 60 min/h, chociaż tworzyli go w większości ci sami artyści kabareciarze. Po stanie wojennym, nie chcąc występować w reżimowych mediach – przedstawiali wyjazdowy kabaret o nazwie właśnie 1000 m/km! W B-cu byli dwa razy. Andrzej Fedorowicz (nie: Jacek), Tadeusz Sikora, Marian Opania, Joanna Piwońska (słynna piosenka: „Wiem, wiem, wszystko to już było…”), Andrzej Zaorski i wielu innych.
    Pamiętam doskonale, a niektóre ich teksty i piosenki znam na pamięć – a były tylko w tym kabarecie i nie prezentowane w 60 min/godz.To dowodzi, że ludzka pamięć, choć zawodna, czasami jest lepsza od internetu, w którym, jak się okazuje, nie wszystko można znaleźć!
    Pozdrawiam!

  6. zart pisze:

    Bohater i świnia z cyklu alternatywy

    W jednej chwili można stać się świnią, albo bohaterem. Życie składa się z takich chwilowych alternatyw. Warto poświęcić nieco czasu na okresowe podsumowania. Ważna jest jeszcze autonomia wewnętrznego wzorca. – O paradoksie: mamy czasy, dominowania myślenia, że jest się bohaterem – przykłady przypadków odwrotnych, któż je zna?

  7. Bruner pisze:

    @Jan Kisiliczyk – w latach końcówki „reżimu” miałem około 18 lat.
    W związku z tym, że w okolicach budynku byłej NOT pojawił się wówczas napis – „lepszy martwy niż czerwony” (pewnie prowokacja SB :) – pewien człowiek, na stanowisku kierowniczym w lokalnym systemie edukacji – zaproponował nie wiedzieć czemu akurat mi (nikt mnie za rękę nie złapał): nie dopuszczę cię do matury.
    To tak apropos Pańskiego smutku. Tak się traktowało wtedy uczniów.
    Mam trochę wspomnień, ale nie tyle, aby zaraz książkę o tym pisać – czy mierzyć się z etosiarzami.
    Logika to nauka pomagająca mi w życiu, więc jeśli był Pan posłem X i I kadencji – to nie I i II
    bo od strony faktograficznej to bardzo istotna różnica.
    Sowieci, UB i SB wytłukło i zrujnowało większą część mojej rodziny (która uszła z życiem podczas hitlerowskiej okupacji) – mam więc należyty szacunek i dla ludzkich dramatów i dla ludzkiego zaangażowania w walkę z okupantami.
    Mój ton ani przez chwilę nie jest prześmiewczy.
    Nie chce mi się śmiać nawet teraz, bo mam wrażenie, że Ci którzy walczyli – trochę inaczej rysowali sobie wtedy – wizję przyszłości 20 lat później.
    Bo Kiszczak stary już jest, ale asy i tak zostały w jego ręku.

    Uszanowanie!

  8. Tryton pisze:

    No wiem wiem Bernard. Apropos udziału polityków na tym blogu, to widać na razie wolą szarpać się z anonimami na iinnym portalu. Widać te 2,1 mln i ponad 77tys. łupu ością im w gardle stoi… Dlaczego to robią? pojęcia nie mam. A co do czasów opisywanych w Znikopisie to się nie wypowiadam, bo pamietam tylko teleranek i jedną niedzielę kiedy jakiś smutny pan śmiał wejść w tym czasie antenowym do mojego telewizorka i bardziej przypominał kruka niż telerankowego kogutka.

  9. Trytonie to nie mój tekst, a Brunera.

  10. Tryton pisze:

    Bernard dobrze wie jakimi artykułami przyciągnąć ludzi i zmusić poniekąd do wypowiedzi :-)

  11. Witam na bobrzanie.pl, panie Janie. Zaproszenie Hegemona podtrzymuję w całości.

    Zapraszam do dokładniejszego poznania strony, bo nie samym Brunerem żyje człowiek : )

  12. Hegemon pisze:

    Ja już mam jedną refleksję Panie Janku ( świadomie i celowo nie napisałem „Janie” ! ).
    Zapraszamy do utworzenia blogu na „Bobrzanach” ( tzn. Bernard zaprasza a ja się pod tym podpisuję ).
    „W tamtych czasach” większość z nas była „gówniarzami” lub „gówniarami” dlatego uważam, iż Pana blog byłby interesującym „spinaczem” : o co „walczyliśmy” a jakie mamy aktualnie tego efekty.
    Pozdrawiam

  13. Jan Kisiliczyk pisze:

    Bruner, Ty …. Recenzencie!
    Przepraszm za aluzję, ale to ryzykowne wybierać taką ksywkę, bo zawsze można mieć jakieś skojarzenia. Piszę z dużej litery przez uszanowanie Osoby, która kryje się za tym pseudonimem. Jakoś głupio mi pisać Panie Bruner, więc niech zostanie Bruner, ale z szacunkiem. Pewno pisanie pod pseudonimem daje więcej odwagi, ale ja zostanę przy moim imieniu i nazwisku.
    Ad rem. Dobrze, że ludzie piszą książki i dobrze, że inni je recenzują (recenzują, znaczy czytają). Tylko po co się czepiać jednych lub drugich, jeśli idzie o detale. Znikopis nie jest dziennikiem i można Autorce wybaczyć pewne nieścisłości. Ja również je zauważyłem, lecz czy warto wytykać wpadki typu kabaret 1000m/km zamiast 60min./godz.
    Drogi Brunerze. Jeśli jednak fakty są istotne to i Ciebie muszę poprawić. Otóż byłem posłem dwu kadencji:
    1989-91 – Sejm „kontraktowy” X kadencji (jeszcze częściowo Sejm PRL) oraz w latach 1991-93 – Sejm I kadencji już w wolnej Polsce.
    Myślę jednak, że nie detale są najważniejsze, lecz przesłanie, które odczytujemy z książki. Każdy ma prawo odczytać je po swojemu i nie zawsze jest ono zgodne z intencją autora. Jakoś w Twojej recenzji razi mnie trochę prześmiewczy ton i Twoja ocena zachowań, które opisuje Autorka w tym „papierowym reżimie”. W tych zachowaniach nie chodzi przecież o bohaterstwo, ale o walkę o godność, o szacunek do siebie i do drugiego człowieka. W tamtych czasach kiedy ta godność była deptana przez bezpiekę, przez aparat władzy domaganie się szacunku dla człowieka, dla siebie, dla innych może nie było bohaterstwem, ale wymagało odwagi. Za tę odwagę płaciło się szykanami, nękaniem, pozbawianiem pracy a byli i tacy, którzy płacili za to najwyższą cenę. Twoja Brunerze aluzja do Marka – syna Pani Danusi, że przecież skończył dobre Liceum a póżniej studia medyczne jest bardzo smutna.
    Czy doceniłbyś zaangażowanie opozycyjne Autorki dopiero wtedy, gdyby zapłaciła za to życiem swoim lub swoich bliskich. Każdy z nas powinien zadać sobie pytanie – gdzie byłem w tamtych czasach, co robiłem? Czy byłem tylko obserwatorem i cichym kontestatorem szarej rzeczywistości, którą zapewniał nam „papierowy reżim”?
    Zachęcam do refleksji i pozdrawiam – Jan Kisiliczyk

  14. kostas pisze:

    A jeszcze w sprawie inicjałów…
    Autorka niby ich używa, ale w gruncie rzeczy dokłada starań, by zostały właściwie rozszyfrowane. Ot np. „Tad.” (by nie pomyśleć że Tomasz) albo „Fr.” (by nie pomyśleć, że Feliks) :-)

  15. kostas pisze:

    Bruner zwrócił uwagę na chaotyczną strukturę publikacji, zmieszanie chronologiczne i różną notację dat. Wg mnie to rzucające się w oczy niechlujstwo jest celowym zabiegiem Autorki mający utrudnić czytelnikowi ustalenie właściwych proporcji, dokładnych ram czasowych. Nieprzypadkowe jest też chyba pominięcie dużo istotniejszych moim zdaniem okresów wydarzeń: do marca 1982 i od czerwca 1989. Jednak nie ujawnię mojej teorii na ten temat, bo dowodów najmniejszych poza graniczącym z pewnością przekonaniem własnym – nie mam. Sama książka podzielona jest na dwie części i sprawia wrażenie jakby zostały one napisane przez dwie różne osoby. Pierwsza część aż razi sztucznością, jest dziwnie wydumana, jakoś nieautentyczna. Myślę że zupełnie nie oddaje atmosfery opisywanego okresu. Szczególnie razi dziwnym fałszem na tle drugiej części – chwilami nawet intymnej i w ogromnym fragmencie sprawiającej wrażenie szczerej i autentycznej. Moim zdaniem Autorka w pierwszej części próbuje manipulować czytelnikiem dla osiągnięcia zamierzonych sobie celów. Acz znów dowodów nie mam, to tylko silne odczucie.
    Odpowiedź na pytanie @kminka: Autorka była aresztowana w czerwcu 1984 i po niespełna 2 miesiącach zwolniona bez procesu – na podstawie ogłoszonej wówczas amnestii.

  16. kminek pisze:

    @kostas – z tym kabaretem to też mi się coś nie zgadza. Nawet próbowałem znaleźć w Google czy coś podobnego istniało – ale bez skutku :)

  17. kostas pisze:

    Jestem pod wrażeniem … recenzji. Bo jeśli chodzi o książkę, to już znacznie mniej. Wpadek w książce jest znacznie więcej niż wymienił Bruner. Ot np. godzina policyjna obowiązywała od 22:00 a nie od 23-ciej, „kabaret” Federowicza „1000 m/km” to najprawdopodobniej „60 minut na godzinę”.
    Reżim w niektórych jego aspektach bywał kabaretowy ale na pewno nie był papierowy. Ot np. książkowy ksiądz Krzysztof Kowalski miał w listopadzie 1984 roku wizytę niezwykle miłego i kulturalnego majora SB z J.Góry, który na pożegnanie mimochodem wspomniał, że ks. Popiełuszko wcale nie musiał utonąć w Wiśle. Mógł powiesić się na strychu, zatruć się gazem z niesprawnej kuchenki albo zginąć w wypadku z powodu nieostrożnej jazdy. Nb. w procesie okazało się potem, że kpt. Piotrowski próbował bezskutecznie dwukrotnie trafić kamieniem w szybę samochodu ks. Popiełuszki na ostrym zakręcie, a jeszcze po Okrągłym Stole księża Zych i Suchowolec „zatruli się” gazem i w pożarze. Ile takich „wypadków” nigdy nie zostało wykrytych? SBcy wcale nie byli takimi plasticzanymi idiotami jak w książce. Ot np. opozycjoniście, u matki którego zdiagnozowano raka, proponowano specjalną kurację w klinice MSW w zamian za szczegółowe informacje. Jeśli nie to „zdechnie w męczarniach”. Nieznana jest liczba tragedii będących skutkiem misternych intryg perfidnych łajdaków. Ot np. aresztowali działacza i wypuszczali ostentacyjnie po kilku dniach aresztowawszy wcześniej jego siatkę na podstawie dużo wcześniejszych obserwacji. Albo pokazywali żonie donos na nią starannie podrobionym pismem męża a zawierający informacje z podsłuchu telefonicznego i donosów kapusiów. Albo kilka dni z rzędu zabierali gościa z drogi do pracy wywożąc go kilka kilometrów w las i puszczając – aż go wywalili z roboty. Przemyka właściwie zamordowali tylko po to, by pognębić jego matkę. Kapusie też miewali przygody. Oto np. autorytet moralny (nie tylko) Danuty M. Andrzej Szczypiorski, donosił na swojego ojca a na niego donosił jego własny syn. Ubeczka za zgodą SB wyszła za mąż za śledzonego przez nią Pawła Jasienicę. Największe fortuny polskie współczesne zostały „wyhodowane” przez służby albo przy ich czynnym zaangażowaniu. I tak bez konce.

  18. Bruner pisze:

    @Bernard – zgadza sie. Choc mozna sie spierac, czy to bylo 7 lat i 7 miesiecy, czy 8 lat bez 5 miesiecy :)

  19. Dla mnie z książki wynika, że była aresztowana.

    A tak przy okazji Bruner, Józef Król nie był prezydentem przez osiem lat. Jak się faktów czepiasz to i sam sprawdź fakty : ))))

  20. kminek pisze:

    Pytanie: czy autorka była aresztowana, czy internowana po wprowadzeniu stanu wojennego? To dość istotne.

  21. Hegemon pisze:

    Dzięki Bruner(t) za recenzję.
    Chyba „zaoszczędziłem” trochę palenia :)

  22. Bernard Łętowski pisze:

    ciekawy wątek z tą kradzieżą z LO, warto go pogłębić, o co się postaram przy najbliższej okazji
    aleś tego powyłapywał Bruner

Dodaj komentarz

Musisz zalogowany aby opublikować komentarz.