wiosna_paintedbird
Lis 5, 2016
471 Wyświetleń
8 11

Namiot

Napisany przez
300x300px_cocodrilo-01

W latach 80-tych, wraz z nadejściem wakacji i ciepłego lata, polskie trawniki na każdym blokowisku zwykle zamieniały się w pola namiotowe. To dzieciaki, dziesięcio, dwunasto, czternastoletnie, za pełną zgodą rodziców, rozbijały pod balkonem namioty, w których nocowało się kilka nocy z rzędu. Wszędzie mniej więcej wyglądało to w podobny sposób: dobór właściwej ekipy, rozbicie namiotu, znoszenie gratów (łącznie z przedłużaczem, lampką i stereo). Długie wieczorne rozmowy, gra w „Pana” na czołgi, śledzie solone (bądź nie), lepy, blachy, kurze męki, a potem danie główne każdego wieczoru; szaber na okolicznych działkach. Rodzice oczywiście spali w przekonaniu, że ich pociechy robią dokładnie to samo. Rano przyjście do domu pod nieobecność zapracowanych rodziców i konsumpcja przygotowanego przez rodzicielkę śniadania. I to znikające codziennie śniadanie właśnie było ówczesną formą komunikacji – byłem w domu, teraz jestem na basenie, będę na kolacji. Życie. Ale takie były czasy, że było bezpiecznie. Dokładnie tak samo działo się na bolesławieckim East-Endzie. Stada rozbitych na dziko namiotów, nocne spacery itp.

Nocowałem tak naturalnie i ja, jako szanujący się blokers. Jednak ten jeden raz był nieco inny od pozostałych. Kimaliśmy we trójkę; M., osiedlowa ofiara i męczennik (ale właściciel namiotu, więc rządził), K., lokalny watażka, cwaniaczek i krętacz oraz ja, znany z kilku innych spektakularnych akcji dywersyjnych. Tak się poskładało jakoś, że w dniu, w którym mieliśmy zwijać obozowisko obudziłem się najwcześniej. Dwaj moi kompani spali jeszcze snem sprawiedliwego, więc cichutko spakowałem swoje manele i już zbierałem się do wyjścia, kiedy… No przecież, Zorro zawsze zostawiał swój znak, więc nie mogłem być gorszy. Ustawiłem budzik na godzinę naprzód i zapaliłem świeczkę, którą mieliśmy na wyposażeniu namiotu. Tę ustawiłem pomiędzy śpiącymi M. i K. Plan był genialny w swojej prostocie. Budzik dzwoni, M. lub K. się budzi, widzi palącą się świeczkę, więc szybko kmini, że to ja musiałem ją zapalić, czyli mnie NIE MA. POSZEDŁEM. Genialne, prawda? No to tak zrobiłem i poszedłem.

W domu tradycyjne śniadanko, coś tam się w telewizji pooglądało i już zbierałem się do chłopaków, żeby wspólnie pójść na basen, kiedy…OBOWIĄZKI. Pieniądze na stole i lista z zakupami. Jako że najbliższy sklep, Merkury, miałem o jakieś 50 metrów od swojego kwadratu możecie sami sobie wyobrazić na jaką stratę czasu mnie to narażało. Ale co tam, idę. Uwinąłem się szybko, ale dopiero po przyjściu do domu zdałem sobie sprawę, że dwa razy przechodziłem jakieś 30 metrów od obozowiska i jakąś taką ciszą tam zalatywało. Pomarli, pospali się, czy co?

Poleciałem zatem do K., ledwie dwie bramy obok. Otworzył drzwi i na mój widok z szybkością Uzi wystrzelił potokiem przekleństw; brata miał dużo starszego, więc liznął już trochę slangu dorosłych. Następnie wyniósł z domu spalony przedłużacz, lampkę, poduszkę i powiedział, że mogłem go zabić i mam sobie je wziąć albo wyrzucić. I że kumplami już nie jesteśmy. Tylko po co mi jego spalone rzeczy? Dalej nie kumałem o co chodzi, głupi jakiś czy co? Ale poszedłem na śmietnik, żeby je wyrzucić. Dopiero w drodze powrotnej ktoś uświadomił mnie, że namiot SPŁONĄŁ!!! I to całkiem szybko. Wiecie jak szybko jara się taki namiot? Śpiący M. lub K. zapewne przewrócili palącą się świeczkę zanim zadzwonił budzik. I spierdolili mi cały plan!!!

Pobiegłem szybko na miejsce obozowiska i rzeczywiście… wgnieciona trawa po namiocie i niedopalone strzępy. To by wyjaśniało tę ciszę, kiedy wracałem z zakupów. Było już po ptakach. Z relacji naocznego świadka, Kubosa, blokowego prowodyra wszelakich zadym i dobrej zabawy, dowiedziałem się, że rzeczywiście, będąc akurat na balkonie zobaczył dwa piętra niżej wybiegającego z namiotu M., który krzyczał charakterystycznym piskliwym głosikiem – pali się, pali się! W międzyczasie K. ciął dalej komara w środku, choć płonęła mu już poduszka. Kubos nawet chciał pomóc, ale na widok biegającego wokół namiotu M. po prostu ściął go z nóg spazm śmiechu. Wiadomo, kumple to kumple.

Na basen tego dnia już nie pojechałem. Zamknąłem się w domu, a gdy tylko rodzice wrócili z pracy oświadczyłem, że bardzo chciałbym odwiedzić kuzynostwo i wujostwo we Wrocławiu. Dziś, zaraz, najlepiej na dwa tygodnie. Trochę zdziwieni, lecz z drugiej strony chyba zadowoleni, że szczeniaka będą mieć z głowy, po krótkiej rozmowie telefonicznej na łączach Bolesławiec-Wrocław, rodzice wsadzili mnie do pociągu. I pojechałem. A dwa tygodnie w życiu blokerskiego podwórka to całe wieki.

Do tego czasu sprawa przyschnie.
I tak się stało.

Kategorie:
Kaźmierczak

Z wykształcenia politolog i anglista, z zamiłowania pedagog. Pasjonat futbolu, miłośnik kina, klasyki rocka oraz dobrej książki.

Komentarze do Namiot

  • Płomyczkowy grafoman. Ale o co chodzi?

    Janek 06/11/2016 23:04 Odpowiedz
    • Jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o kasę. Pozdrawiam :-)

      Bartosz Kaźmierczak 07/11/2016 08:50 Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Share This
Menu Title