Paź 23, 2016
508 Wyświetleń
9 3

Genotyp lidera

Napisany przez

Liderem się nie bywa, liderem się również nie zostaje, liderem się po prostu jest. Od urodzenia. Całe życie. To taki dar ukryty w genotypie niektórych osób, trzeba go po prostu poszukać. Jedni znajdują go od
razu, inni z czasem, jeszcze inni, wcale. Genotyp lidera to zespół wszystkich cech potrzebnych do tego, żeby nie musieć udowadniać, że się liderem jest. Bo lidera widać od razu. Najgorzej, kiedy go (zespołu cech lidera) nie ma, a ktoś myśli, że znalazł…

Jako, że na co dzień zarządzam zasobami ludzkimi, kwestia liderowania nie jest mi obca. A każdy lider to wie, że raz na jakiś czas warto sprowokować jakąś ekstremalną sytuację, by przypomnieć grupie
dlaczego się jest liderem. I wykazać. Tak się przecież buduje autorytet stawiając wszystkim te same wymagania i równocześnie, dając przykład, jak osiągnąć wyznaczony cel. To przecież takie proste, prawda? Więc zabrałem swoją klasę na morsowanie.

Ekstremalność sytuacji wymarzona. Spotykamy się w umówionym miejscu, gdzie czeka na nas już Rafał, zaprzyjaźniony ratownik – bo od strony formalnej wszystko musi być w porządku. Następuje krótki instruktaż morsingu, co można, a czego robić się nie powinno i najważniejsze – zasada 5 minut. Mówi ona, że jeżeli ubierzemy się ciepło w ciągu 5 minut od wyjścia z wody, to nie mamy prawa zachorować. Krótka rozgrzewka i się przebieramy. Podczas zmiany garderoby zauważam, że za moim autem, w odległości około 10 metrów, stoi zielony VW Polo, a w nim dwóch młodych chłopaków. Tylko po cholerę dwóch młodych gości przyjeżdża w tak ustronne miejsce? Może jacyś złodzieje? Pójdę do wody, a oni odjadą moją furą analizuję. Na wszelki wypadek zatem, kluczyki od auta wrzucam z wszystkimi rzeczami do bagażnika zamiast tradycyjnie umieścić je w pod samochodem. Nie każdy wie, że żeby otworzyć bagażnik w moim
pojeździe trzeba nacisnąć taki mały przycisk. Nie znajdą. Lepiej nie ryzykować.

Wchodzimy do wody. Bosko. Młodzi, czyli moi ludzie, zachwyceni, ale i niepewni swego. Za to mój autorytet rośnie z każdą sekundą, bo przecież nie wszyscy się zdecydowali na kąpiel. Wchodzimy do wody z
Rafałem jako pierwsi, wychodzimy jako ostatni. Prawdziwi liderzy. Upajam się chwilą. Dobra, koniec, wychodzimy.

Idę do samochodu, żeby się przebrać. Po drodze mijam chłopaków w polówce. Obserwują mnie. Podchodzę do bagażnika, wciskam przycisk. Nic się nie dzieje. Wciskam raz jeszcze. Zero reakcji. Wciskam i przytrzymuję. Dalej nic. Powoli dociera do mnie bolesna rzeczywistość. Kurwa, zatrzasnąłem kluczyki w bagażniku!!! Nie wiedziałem, że w tym aucie bagażnik zamyka się automatycznie. Stoję więc w samych gaciach i klapkach. Rozglądam się nerwowo. Chłopaki z polówki płaczą ze śmiechu; oni już WIEDZĄ. Moi ludzie już prawie przebrani, Rafał też. Podchodzę, markuję konwersację. Wtedy pada pytanie, którego się
obawiałem:
– Tyle mówił Pan o zasadzie 5 minut, dlaczego Pan się nie
przebiera?
– Bo jest awaria – odpowiadam i płonę ze wstydu. Młodzi po chwili konsternacji zabijają mnie gromkim śmiechem. Szydercy. Kiedyś się zemszczę. Rafał wyciąga jakiś koc po psie ze swojego auta. Okrywam
się. Zaraz coś wymyślimy. Trzeba zadzwonić, ale nie mam telefonu, bo…wiecie gdzie jest. Nie mam dokumentów. Nie mam kluczy od domu.
Wszystko przez tych cwaniaczków w zielonym Polo. Rafał pożycza mi swój aparat. Nie decyduję się na telefon do żony, bo spalę się ze wstydu. Dzwonię do mamy. Nie odbiera. Może jest w sklepie. Wsiadamy w auto. Zanim dojedziemy może zdąży wrócić. Mama ma zapasowy komplet kluczy. Na wszelki wypadek.

Podjeżdżamy na East End pod blok rodziców. Jest problem. Jak mam pójść do rodziców bez ubrania? Przecież tu ludzi od cholery, Teszczak obok. Idzie zatem Rafał. Tutaj ważna informacja – z Rafałem poznałem się poprzez morsing i głownie kontaktowaliśmy się przez fejsbuka. Na moim profilu nazywałem się wtedy nieco inaczej niż w rzeczywistości, bo nie byłem przekonany, co do słuszności ujawniania prawdziwych danych personalnych. Bartek Gunner. Tak się nazywałem.

No to wyobraźcie sobie teraz zdumienie mojej rodzicielki po otwarciu drzwi. Słusznej postury facet, Rafał, który jest dwa razy większy ode mnie, w ciemnych okularach, pyta o Bartka Gunnera i prosi o klucze od jego domu. Co więcej, kilka dni wcześniej moi teściowie otrzymali telefon od osoby podającej się za moją żonę z prośbą o przekazanie pieniędzy osobie, która zaraz się u nich zjawi, bo żona niejako gwałtownie potrzebowała większej gotówki. Klasycznie, ordynarnie „na wnuczka”. Mamie mojej więc od razu włączyły się wszelkie systemy alarmowe i powiedziała, że kluczy nie ma, a nawet gdyby miała, to i tak by nie
dała. Kropka. Dzięki.

Dzwonię zatem do żony. Nie odbiera, więc jedziemy do pobliskiego gimnazjum, gdzie pracuje. Sytuacja taka sama. Idzie Rafał do mojej małżonki po klucze Bartka Gunnera, a ja nie mam nawet jak wyjaśnić jej
sytuacji, bo nie mogę się dodzwonić. No przecież nie wyjdę z auta. Żona zdziwiona, ale wykazuje się mniejszą stanowczością niż mama.
Podchodzi do okna, wygląda. W końcu mnie dostrzega, macha i wybucha śmiechem. Przekazuje klucze Rafałowi. Jednakże, to nie koniec.

Gimnazjum mojej małżonki leży na drodze uczęszczanej przez młodzież, którą z kolei ja nauczam. Nagle na horyzoncie dostrzegam grupę moich
maturzystek. A ja? Siedzę prawie goły w wielkim srebrnym aucie na siedzeniu pasażera. Na kolanach mam psa Rafała, yorka. Więc siedzę okryty kocykiem, w nie swoim aucie, z yorkiem na kolanach i wyglądam jak
sierotka Marysia bez majtek. Brakuje mi tylko złotego sygnetu na palcu i szczyt fetyszu się dopełni. Podwójne życie nauczyciela języka angielskiego. Jestem przekonany, że gdyby wtedy ktoś trzasnął mi fotkę
i przesłał do kuratorium, to wylaliby mnie z roboty na drugi dzień, a w weekend byłby o mnie program w „Ekspresie Reporterów”. Kulę się zatem, głowę chowam między kolana, co tylko dodaje dwuznaczności
sytuacji. Dziewczyny mnie mijają. Uffff, nie zauważyły.

Wraca Rafał, jedziemy do mnie. Wyskakuję goły z auta. Jeszcze tylko szopka przed sąsiadami i seria upokorzeń się skończy. Otwieram drzwi wejściowe do domu i jakbym dostał drugie życie. W końcu mogę się ubrać. Wracamy po mój samochód. W międzyczasie dziękuję Rafałowi za całość. Mówi, że nie ma sprawy. Wskakuję do swojego auta i jadę do domu. Chcę być już sam, najlepiej do końca miesiąca.

Wieczorem dzwoni telefon. Moja mama. W słuchawce pada pytanie:
– Czy ty masz jakieś długi, synu? 
– Nie, mamo, nie mam. Opowiem Ci jutro.

Kategorie:
Kaźmierczak

Z wykształcenia politolog i anglista, z zamiłowania pedagog. Pasjonat futbolu, miłośnik kina, klasyki rocka oraz dobrej książki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Share This
Menu Title