Sie 25, 2012
588 Wyświetleń
0 0

Smutne rozmowy przy otwartych drzwiach, z psem pod stołem

Napisany przez

Mały jest ten świat, przywołałem do życia stare powiedzenie, kiedy to zostałem zaczepiony przez kloszarda na jednej z warszawskich ulic, trącony przez ową przyjazną duszę która przeżyła wielu emerytów, wskazywał na to jego wiek o karnacji Mojżesza, emerytów których znał, lecz mało kto z nich miał tą generalską odwagę by się przyznać do kogoś kto wciąż szuka powrotnej drogi do domu, a budzi się w zimnej rzeczywistości gdzieś w przedsionku dworca centralnego, lub na tyłach ogródków działkowych.

Właśnie wówczas przypominał mi człowiek w butach Charlie Chaplina, jak zaprosiłem go najzupełniej spontanicznie na wigilię w dworcowym barze, zresztą obydwaj byliśmy samotnymi żaglami poniewieranymi przez różne doświadczenia bliskie ,,małego chemika”, z tym że on potrafił się przyznać do swojej włóczęgi, bez żadnego jęku na ciężar butów i ich urodę, lecz pomijając tą chwilę na człowieczeństwo, co w dzisiejszych czasach jest abstrakcją równą nawykom psa który cenił sobie kaszubską kuchnię, argentyńskie kino i umiejętność gwizdania na suki, to żadna japońska potrawa, to powiem ze smutkiem przy otwartych drzwiach, że podobnie jak on, w tym swoim grubym palcie rosyjskiego żołnierza, nie mogliśmy liczyć na jakiekolwiek bądź byle wsparcie ze strony rodziny, wszak z rodziną najlepiej wychodzi się z kościoła, co niestety jest chwilą na złudzenia, reszta to gra. Potem każdy idzie swoją drogą i wszyscy są zdrowi, czego i swoim pajączkom życzę, chociaż każdy dobrze szanujący się kościół ma swój dzwon a dzwon swoją duszę. Może to jest ten powód, że na dystans trzymam ubogich rolników ze stadkiem kur bez koguta, smakujących w zupie z browaru i wesołych pogaduszkach o dupie Marynie której się gąski rozbiegły po gminie.

Taki jest prolog do konkretów w ów czas kiedy sierpniowy wiatr potrząsnął owocowym sadem i zrzucił na ziemię czapkę śliwek, w czas obaw zwyczajnego człowieka, obaw bliskich obsesji, ostatniej takiej stacyjki gdzie szlabany biało-czerwone opuszcza się i podnosi na korbę, lękającego się o te prozaiczne jutro, chociaż domownicy są przygotowani na śmierć psa pod stołem, on swoje wywarczał, wyszczekał, wyskomlił, bo on wie, człowiek o zapomnianym uśmiechu, że jest jak żeglarz w samotnym rejsie do przylądka nadziei i może liczyć tylko na siebie, bo w pracy nie ma kolegów są tylko znajome twarze, do czego trzeba się przyzwyczaić, w epoce postępującej marszowym krokiem znieczulicy, tego raka który toczy organizm społeczności, nawet wsi spokojnej, wiejskiej historii z porąbanymi drewienkami na podpałkę.

Bo ja jak inni jestem pojedynczym narodem, wśród innych narodów europy, który wciąż obrywa z chorobliwą nadzieją że w końcu ta pokręcona ewidentnie ścieżka, odchwaszczy się i wyprostuje i będzie zwyczajnie, lecz to jest otoczka mojej codzienności z sinym tyłkiem od upadków, bądź szorowania nim po bruku. Czyli znów się pojawił zmęczony człowiek ten któremu urząd skarbowy nałożył podatek od luksusu na jego laskę którą się podpiera.

I tutaj wcina się w tekst, absolutnie bez żadnych fauli, kwestia wielkiego dębu w obrębie wsi, które to drzewo zostało przełamane w połowie przez nocną nawałnicę i zostało wiatrołomem, vel, również stricte, powałem.

Lecz nie wolno tego dębu uprzątnąć, gdyż…Z całym naciskiem na słowo gdyż, w tym drzewie zalągł się anonimowy robaczek które przez grono ambitnych przyrodników został wzięty pod ochronę wbrew swojej woli że powinien być aż tak wielce traktowany, jakoż nagle tej amatorskiej organizacji w osobach sołtysa, gajowego, sklepikarki i babci Teodozji reprezentującej folklorystyczny zespół śpiewaków ,,Jagódki” przypomniał się łańcuch pokarmowy, a który to łańcuch zamyka słusznie ów robaczek.

Lecz ten robaczek nadal chce być szkodnikiem który terroryzuje lasy państwowe, dlatego przez ten szacunek wobec niego uniósł się i prawdopodobnie wyniesie się daleko, może nawet tam gdzie leśniczy ,,wali” z dubeltówki do pcheł które dosiadły jego psa!

Jak rzekł cenzor i gajowy: mamy taką pracę,
człowiek owszem ale zawsze ważny jest robaczek!

Nakręcając ten budzik biologiczny to dodam, że wszyscy bez wyjątku jesteśmy więźniami własnych upodobań i nawyków. Oczywiście do robaczka nie mam nic.

 

 

 

 

 

Kategorie:
Gruchawka

Ryszard Gruchawka (rocznik 1950) należy do Związku Literatów Polskich. Poeta, prozaik, bajkopisarz, drwal. Urodził się w Bolesławcu. Już w młodości współpracował z kilkoma czasopismami. Pisywał do nich felietony i reportaże o różnej tematyce. Obecnie tworzy również opowiadania, fraszki i bajki. Oprócz tego pan Ryszard pisze także satyry. Pierwszym sukcesem w jego karierze była nagroda "O laur miedzianego Amora" za opowiadanie "Kamienny pocałunek", którą otrzymał w konkursie literackim w Lubinie. Najbardziej wartościowym wyróżnieniem dla pisarza jest statuetka "Artura", który otrzymał w 1994 r. we Wrocławiu za całokształt twórczości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Share This
Menu Title